Paweł Wimmer - blog towarzyszący kursowi języka HTML w Helionie. Założony 10 czerwca 2006.
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
A to moje
Abonowane kanały Youtube
Adresy e-mail
Agregatory
Blogi
Książki i ebooki
Kursy polecane
Software
Witryny






darmowe liczniki - od 17.02.2008
Add to Google - zaabonuj RSS

Nowości Helionu

poniedziałek, 09 listopada 2009
Synchronizacja przez Ubuntu One
Synchronizacja danych między komputerami to jedna z najbardziej atrakcyjnych cech współczesnego Internetu. Mnóstwo osób korzysta na przykład z systemu Dropbox dostępnego dla Windows, Linuksa i MacOS. W sytuacji, gdy większość osób ma dostęp do maszyn w domu i miejscu pracy lub nauki, na dodatek wiele ma dwie lub więcej maszyn w domu, jest to rozwiązanie, którego zalet nie trzeba specjalnie tłumaczyć.

Odkrywając dla siebie różne smaczki Ubuntu, poznałem mechanizm Ubuntu One. To usługa internetowa, która pozwala archiwizować na bezpłatnym koncie do 2 GB danych (można wykupić nawet i 50 GB) i synchronizować je między maszynami, a nawet współdzielić konto z innymi użytkownikami, imiennie wskazanymi przez nas.

Ubuntu One dostępne jest pod adresem https://one.ubuntu.com. Trzeba założyć konto i to w zasadzie może na początek wystarczyć, gdyż pliki możemy posyłać na serwer za pomocą formularza na stronie usługi. Możemy jednak zainstalować także specjalny program kliencki, który pozwoli wyświetlać folder z danymi bezpośrednio w przeglądarce plików co jest oczywiście komfortowym rozwiązaniem. Program ten znajdziesz na stronie https://one.ubuntu.com/support/installation/ - trzeba zainstalować Personal Package Archive i Ubuntu One Client. Od tego momentu folder Ubuntu One staje się integralną częścią systemu, możemy go nawet dla wygody umieścić w lewym panelu, aby móc bez problemu kopiować pliki. Każdy plik skopiowany na przykład z folderu Dokumenty do folderu Ubuntu One jest natychmiast przesyłany na serwer, a wyskakujący "dymek" informuje o operacji. To naprawdę wygodny mechanizm który rozwiązuje "natywnie" problem wymiany plików między komputerami, a nawet różnymi osobami.

http://h8nsyw.blu.livefilestore.com/y1pFKw_NKtvJAreGPIT3N9uPNsA43l5TwS70PUCYTxDA4g1W41nRx2VHTaVA23pXEm3Hc0q1Ky1cXgrmH_0e6LwmrwsJrSd7j70/UbuntoOne.png

I już całkiem na marginesie - coraz bardziej doceniam niezwykle wygodny, zwarty system aktualizacji pakietów w systemie, który utrzymuje całość w dobrym zdrowiu. Na razie nie miałem większych wypadków. Chyba zaczynam żałować, że przeznaczyłem na instalację Ubuntu tylko 15 GB.
sobota, 07 listopada 2009
Oszczędności
Nie robiłem nigdy obliczeń, jakie mogą być oszczędności polegające na rezygnacji z płatnego oprogramowania. A to ciekawy temat.

Załóżmy, że mamy średnią, 50-osobową firmę. Trzymając się Windows, musimy wydać - kupując hurtowo - co najmniej po kilkaset złotych na system operacyjny, po tysiąc za pakiet biurowy, a potem koszty tylko rosną, bo masa oprogramowania uważanego powszechnie za bezpłatne, w zastosowaniach komercyjnych kosztuje - czasem niemało. Pamiętam, jak w redakcji Magazynu WWW, w 2001 roku, grzecznie kupiliśmy kilkanaście licencji Irfan View, choć w domu każdy z nas korzystał z niego bezpłatnie. Takich przykładów jest multum. Przypuszczam, że faktyczny koszt oprogramowania w jednej maszynie, niezbędny w codziennej pracy zatrudnionych w firmie osób, musi wynieść 2500-3000 złotych. Oczywiście Windows (lub Macintosh) będą niezbędne tam, gdzie trzeba korzystać z drogiego, komercyjnego oprogramowania, gdzie nie ma po prostu miejsca na kompromisy (grafika, CAD itp.). Jakieś specjalistyczne narzędzie biurowe może być uruchamiane wyłącznie w Windows, zatem i tu zajdzie konieczność wyposażenia w nie pewnej liczby komputerów - nie wiem oczywiście, czy dałoby się je uruchamiać w Wine.

Ciekaw jestem w tym kontekście, na ile sprawne okażą się w warunkach biurowych pakiety w chmurze. Na pewno webowy MS Office nie będzie potrafił tak obsługiwać tabel przestawnych, jak oryginalny Excel, pytanie jednak, ilu osobom to genialne narzędzie analityczne będzie potrzebne.

Z grubsza oceniając, zapewne 80 procent stanowisk dałoby się bez kłopotów zaopatrzyć w Linuksa, oszczędzając jeszcze dodatkowo na kosztach maszyn, bo Linux ma po prostu mniejsze wymagania sprzętowe.

Zaokrąglając, w 50-osobowej firmie można by zapewne dokonać oszczędności rzędu 100-150 tys. złotych, a nad taką sumą pochyli się z pewnością każdy właściciel.

Ciekaw jestem, czy ktoś z czytelników ma bardziej twarde dane niż moje bardzo przybliżone szacunki.
22:38, prwimmer , Teksty
Link Komentarze (38) »
Per aspera ad astra
Stopniowo przebijam się przez zawiłości konfiguracyjne Ubuntu, usiłując zbudować środowisko pracy, do jakiego przyzwyczaiłem się w Windows. Idzie mi w miarę nieźle i desktop coraz bardziej przypomina to, w czym pracowałem od lat.

Przede wszystkim staram się włączyć rozmaite urządzenia. Bluetooth nie chciał zaskoczyć, póki na zasadzie potrząsania zepsutym zegarkiem nie wyjąłem adaptera z USB i nie włączyłem z powrotem. Teraz jest OK i wymiana plików między różnymi urządzeniami nie jest problemem. Za to kłopot jest z kamerą internetową - to Logitech, taki z górnej strefy stanów średnich, do którego oczywiście producent nie oferuje linuksowych driverów. Trzeba będzie poszukać jakichś generycznych zastępników.

Świetnie sprawuje się synchronizacja danych przez linuksowego klienta Dropbox. Zainstalowałem też na próbę SpiderOak - rozbudowany i elegancko wyglądający system synchronizacji między Windows, Linuksem i MacOS. Bezpłatne konto oferuje 2 GB miejsca i możliwość archiwizacji danych, jak też wymieniania ich między komputerami. Można utworzyć szereg profilów i każdemu przydzielić wymianę między dowolnymi folderami dowolnego klienta zarejestrowanego na koncie w SpiderOak. Ale to dość zawiłe, niezbyt przejrzyste i raczej nie do przeskoczenia dla niezbyt wprawnego użytkownika. Dropbox jest jednak dużo łatwiejszy. Bez problemu sięgam też do drugiego komputera przez system Live Sync, aczkolwiek korzystam wyłącznie z podglądu plików przez przeglądarkę, a nie synchronizacji, gdyż naturalnie Microsoft nie oferuje żadnego innego klienta poza windowsowym.

http://public.blu.livefilestore.com/y1pHIbCtyT0UUpBhbAgkMl32DRGcuwWPh0S2gEXMGKWSEKXDyEI83sFaN_lbZiCNpq150nC6JtPcMv-Lzn3713JXQ/SpiderOak.png

Dokumenty Google śmigają oczywiście w dowolnej przeglądarce, a co ważne, bez problemu uruchamia się webowy MS Office na koncie w Windows Live - na razie Excel i PowerPoint, na Worda i OneNote jeszcze czekamy. Poniżej jest przykład edycji dokumentu excelowego w najnowszej wersji deweloperskiej Chrome (v. 4.0.237). Synchronizacja zakładek w Firefoksie czy Operze to pestka, czekam jeszcze na uruchomienie tej funkcji w linuksowej wersji Chrome, a na razie zrobiłem sobie tylko zestaw najpotrzebniejszych zakładek.

http://public.blu.livefilestore.com/y1pWMvK-DmOO5S-m89yDfsZ44jQYS1kcU7fMu5T19ZA54IYkZD4anRZsQE28T-uGxixy-O6_GNp1ANf630mZA5wQw/chrome-chmura.png

Jak widać na obrazku, microsoftowy WebOffice działa (choć jest jeszcze na etapie budowy) i stanie się wkrótce zapewne ważnym miejscem w mojej komputerowej codzienności, zastępującym przy różnych okazjach Dokumenty Google. Bardzo jestem ciekaw detalicznego porównania możliwości obu narzędzi. Tak czy owak, to jeszcze jeden powód, dla którego warto często zaglądać do chmury.

Z innych rzeczy - pozornie drobnych, a jednak ważnych. Stopniowo trzeba pościągać rozmaite sterowniki i kodeki. Na szczęście dzięki czytaniu zorientowałem się, że zamknięte kodeki (np. MP3) należy doinstalować samemu, korzystając z różnych pakietów gstreamer. Ciekawe jednak, co zrobiłby w tej sytuacji mniej wprawny użytkownik. Po raz kolejny okazuje się, że otwarte, uniwersalne sterowniki to absolutny wymóg. I lepiej rozumiem też irytację tych, którzy przez upór urzędów nie mogli zainstalować Płatnika.

ScribeFire w Firefoksie staje się ostatecznie podstawowym edytorem blogów, bo jest po prostu najwygodniejszy. To bardzo porządne narzędzie, choć w Windows go nie używałem (poza testem, gdy pisałem kiedyś w PC Worldzie artykuł o edytorach blogów dla Windows), bo po prostu nic nie było w stanie przeskoczyć Windows Live Writera.

Z satysfakcją stwierdziłem, że dobrze działa w Linuksie środowisko AIR - to dobrze, bo w AIR są najlepsze programy klienckie do mikroblogowania, jak choćby Tweetdeck.

Udało mi się też wyjść poza komfortowy mechanizm instalowania debianowych paczek, instalując aplikacje na kilka nowych sposobów, za pomocą terminala - przez apt-get, za pomocą skompilowania archiwów tar, a także za pomocą magicznych zaklęć instalujących archiwa bin. Okazuje się, że obsługa terminala jest tu jednak niezbędna, chyba że istnieją gdzieś wizualne interfejsy dla innych metod instalacji plików, o czym być może nie wiem.

To na razie tyle z frontu walki. Celowo dzielę się tymi informacjami z czytelnikami nieznającymi jeszcze Linuksa, jako ten "jednooki wśród ślepych" (pewnie zasiedziali pingwiniarze uśmiechają się pobłażliwie na widok moich zmagań - wielu mi zresztą pomogło dobrymi radami, za co jestem wielce zobowiązany), bo chcę uświadomić, że choć nie wszystko i nie zawsze idzie z marszu, odrobina samozaparcia i aktywne podejście do sprawy powinno dać dobry efekt. Pracuję od kilku dni głównie w Linuksie i jak się okazuje, da się przeżyć - trzeba tylko uchwycić przyczółek i utrzymać się na nim. Może zachęcę w ten sposób ileś tam kolejnych osób - to ciekawe doświadczenie i dodatkowe narzędzie, które może się nieraz przydać, nawet gdy pracujemy głównie w Windows. Nazywam to sprawnością harcerską. Mimo bardzo marnej pozycji Linuksa na rynku niezachwianie utrzymuję, że warto go mieć i znać, choćby w podstawowym zakresie. Per aspera ad astra - przez trudy do gwiazd.
piątek, 06 listopada 2009
Edytory blogów w Linuksie

Naturalną koleją rzeczy, grzebiąc w Ubuntu, sprawdziłem, jak wyglądają w nim edytory blogów. Jak nie spojrzeć, Linux z samej definicji to najbardziej internetowy system operacyjny, jeśli w ogóle można tak mówić. 

Otóż słabo wyglądają, a obejrzałem ich już kilka - oferta samodzielnych blogów dalece odstaje ilościowo i jakościowo od tego, czym możemy się cieszyć w Windows, gdzie są tak potężne narzędzia, jak Windows Live Writer czy Post2Blog. Są słabe funkcjonalnie, niektóre bugowate i niestabilne. 

Czy jest się czym martwić? Chyba nie. Należy po prostu omijać szerokim łukiem takie programy, a i tak mamy do dyspozycji szereg możliwości.

Najlepszym programem - przynajmniej z tych, do których dotarłem - jest wtyczka do Firefoksa o nazwie ScribeFire, znana zapewne wielu wielu miłośnikom liska. To bardzo solidne narzędzie, które może stanąć w szranki z dobrymi programami w środowisku Windows, choć edytorowi Microsoftu jeszcze nie dorównuje. Można jeszcze wypróbować edytor wbudowany w przeglądarkę Flock.

Jeśli komuś bardzo zależy, może spróbować uruchamiać w Linuksie edytor windowsowy w otoczeniu Wine. Na ogół to działa, a przecież edytory blogów nie są tak skomplikowanymi aplikacjami, by nie mogły tego robić - nawet Photoshop działa (z pewnymi uchybieniami, co prawda).

Jeśli ScribeFire, w co zresztą wątpię, nie spełni twoich oczekiwań, możesz korzystać po prostu z oryginalnych, wbudowanych edytorów poszczególnych platform blogowych, jak Blogger, WordPress czy Blox.pl. Ja osobiście nie przepadam za pisaniem blogów online nie dlatego, że edytory są słabe, lecz dlatego, że piszę do kilku, a tylko zewnętrzny edytor może obsłużyć różne blogi jednocześnie.

Kolejna opcja to pisanie za pomocą edytorów tekstów w popularnych pakietach biurowych online. Kiedyś objaśniałem tutaj, jak publikować w Blox.pl z poziomu Dokumentów Google oraz Zoho Writer. Teraz piszę właśnie za pomocą edytora w GDocs.

I jeszcze widok wtyczki ScribeFire:

Przy okazji - zainstalowałem sobie w Ubuntu deweloperską wersję Chrome 4 i jestem całkiem z niej zadowolony. Wprawdzie nie udało mi się jeszcze zsynchronizować zakładek z wersją w Windows, ale przeglądarka jest piorunująca szybka i całkiem stabilna, więc z powodzeniem można się nią posługiwać.

I jeszcze jedna rzecz - wytłumaczcie linuksowemu przedszkolakowi, jak sołtys krowie na miedzy: czy da się tak ustawić klawiaturę, by część numeryczna działała normalnie, jak w Windows, a nie generowała cyferek? Zastępczo korzystam z sąsiedniego blogu klawiszy nawigacyjnych, ale trochę to dla mnie uciążliwe.

----

I już z całkiem innej beczki, pro ex-domo sua - w PC Worldzie znowu zmienił się naczelny. Łukasz Bigo odszedł po niecałym roku, zastąpił go Krystian Grzenkowicz. Pewnie mnóstwo osób zna go jako wieloletniego naczelnego miesięcznika Internet, a od dwóch lat Krystian był kierownikiem działu Internet w PCW. Wypada życzyć nowemu naczelnemu lepszych perspektyw, bo w ostatnich latach pismo przeżyło już kilku szefów.

czwartek, 05 listopada 2009
Z notatnika partyzanta

Piąty dzień walki o desktopową instalację Ubuntu zakończył się sukcesem - najpierw podsunięty wcześniej przez jednego z moich czytelników adres w forum Ubuntu załatwił błyskawicznie problem braku graficznej powłoki systemu (trzeba było ściągnąć drivery z Nvidii), a po kolejnych nerwowych godzinach udało się także uruchomić Internet, czyli zainstalować szereg brakujących plików i wydać jeszcze kilka tajemnych poleceń w konsoli. Połączenie (przez adapter Netgear i ndiswrapper) jest trochę niestabilne, ale jakoś działa. Dziwne było też to, że nie zainstalowała się polska wersja systemu - dopiero zmiana źródła repozytoriów z polskiego serwera na centralny dała efekt.

Zważywszy, że w netbooku wszystko poszło bez najmniejszych problemów, jestem mocno zaskoczony tymi zawiłościami. Mogę się obawiać, że tzw. zwykły użytkownik, skłonny do eksperymentów, ale pozbawiony komfortowej pomocy, jakiej ja sam doświadczyłem, mógłby mieć większe problemy. Dodatkowym atutem był leżący na biurku netbook, w którym czytałem instrukcje z Internetu. Inaczej musiałbym drukować mnóstwo papieru, przeskakując jeszcze co chwilę między systemami.

Podejrzewam, że znacznej większości użytkowników kłopoty te nie dotknęły, ale oni milczą, natomiast w Internecie hałasują ci, którzy nadziali się na taki czy inny problem. I to oni tworzą aurę wokół systemu. Muszę przy okazji powiedzieć, że spenetrowawszy polskie fora dyskusyjne z przyjemnością stwierdziłem, że choć ten czy ów bywa czasem nieco opryskliwy i niekiedy bardziej poucza niż naucza, to jednak generalnie atmosfera jest życzliwa, a użytkownicy sobie po prostu pomagają. To zwykle młodzi lub bardzo młodzi ludzie, którzy nie posiedli może wszyscy jeszcze do końca umiejętności spokojnego wykładania swoich racji, którym może brakuje czasem cierpliwości do "głupich pytań", ale jest całkiem nieźle. Ja sam zadałem potulnie pytanie w dziale "Przedszkole linuksowe", nie odważywszy się pchać nosa na bardziej wytworne salony, i nikt mnie nie pobił, a paru udzieliło rzeczowych porad. Społeczność to klucz. Książka jest niezbędna, aby opanować podstawy systemu, ale dopiero w Internecie poznasz sztuczki, uzyskasz informacje na temat "obsługi błędów".

A sam system? Fajny w użytkowaniu, bywa za to up... w konfigurowaniu. Nigdy nie doświadczyłem w Windows takich problemów z instalacją, jakie mi się przytrafiły w Ubuntu. Niektórzy mówią, że może dopiero wersja 10+ będzie dopracowana tak, aby rzeczywiście mógł ją zainstalować bez problemu kompletny greenhorn. Myślicie, że Linux jest żelazny? Ano raz przy próbie przeciągnięcia pliku z folderu do folderu komputer umarł tak, że nie działała ani mysz, ani klawiatura - musiałem skorzystać z przycisku na obudowie. Ale jest szybki - Firefox w Linuksie działa wyraźnie szybciej niż w Windows, Opera jest niczym Usain Bolt, czytnik plików PDF działa wprost błyskawicznie, jest sporo naprawdę fajnych, przyjemnych programów. Synchronizację plików załatwiłem sobie przez linuksowego klienta Dropbox, pracuję głównie w chmurze, zsynchronizowałem zakładki w Operze przez jej wbudowany mechanizm, cieszę się linuksowym klientem Picasy. Na razie jest nieźle, zobaczymy, co dalej.

Wpis wysyłam z prościutkiego edytora blogów Post Blog Entry z repozytoriów Ubuntu.

środa, 04 listopada 2009
Client for Google Translate

Client for Google Translate to udany przykład zaimplementowania technologii Google Translate. To bezpłatna aplikacja dla Windows, która pozwala uzyskiwać tłumaczenia tekstów zaznaczonych blokiem w wielu aplikacjach Windows.

Na dzień dobry program tłumaczy teksty w przeglądarkach. Po zaznaczeniu blokiem wystarczy kliknąć wyskakującą ikonkę G, a tłumaczenie pojawi się w "dymku". Program rozpoznaje język systemu i proponuje domyślne języki, ale możesz to ustawić dowolnie w opcjach. Można też zaznaczyć jeden wyraz, a wtedy CGT posłuży jako podręczny słownik - jeśli dobrze zauważyłem, słownik uwzględnia również polską fleksję, zatem gdy na przykład klikniesz polski wyraz zasobniku, program wyświetli poprawnie tray. Co ciekawe, możemy dołączyć samodzielnie słownik w standardowym formacie XDXF (XML Dictionary eXchange Format), ale niestety, wyłącznie w wersji Pro, która kosztuje 16 USD. Szkoda, bo takich słowników jest mnóstwo.

Gdy w jakiejś aplikacji ikona G się nie pokazuje, kliknij prawym przyciskiem myszki ikonę programu w zasobniku systemowym i wybierz polecenie enable in nazwa programu. W dowolnej chwili możesz odłączyć program od CGT. W wersji Pro dostępne są też hasła z Wikipedii - możemy sami wybrać wersję językową.

Gdy ikona programu jest szara, Client nie ma akurat połączenia z Internetem. Gdy jest pomarańczowa, dana aplikacja współpracuje z Clientem, gdy jest niebieska, nie współpracuje.

Jest też normalny interfejs programu, w który możesz wklejać teksty i uzyskiwać tłumaczenia w dowolnej kombinacji spośród 50 języków. I jeszcze obszerne opcje konfiguracyjne.

Oczywiście ze względu na niedoskonałości automatycznego tłumaczenia jego jakość na pewno nie zadowoli osób posługujących się regularnie angielskim czy francuskim, ale bardzo się przyda, gdy natrafimy na zupełnie nieznany nam język, a to się nierzadko zdarza. W sumie, udana aplikacja.

wtorek, 03 listopada 2009
YouTube Downloader

Programów i wtyczek do pobierania klipów z YouTube jest sporo, zresztą nie przypuszczam, aby pobieranie było szczególnie popularną czynnością. Jednak gdy czasem zajdzie taka potrzeba, posiadacze deweloperskiej wersji Chrome 4 mogą skorzystać z nowego rozszerzenia o niezbyt odkrywczej nazwie YouTube Downloader, który wyświetla dodatkowe przyciski na prawo od klipu. Są to różne formaty pliku, zaś kliknięcie powoduje po prostu pobranie pliku do domyślnego folderu. Proste i wygodne.

Chromowany Ptaszek w Twitterze

Chromed Bird to rozszerzenie dla deweloperskich wersji Chrome, będące prostym klientem Twittera. Po zainstalowaniu widnieje jako przycisk na prawo od paska adresowego. Po zalogowaniu możemy wyświetlić ostatnie wpisy w Twitterze, za pomocą strzałek w lewo lub w prawo możemy przewijać listę wpisów, natomiast strzałka w dół otwiera edytor, w którym możemy wpisać tekst i wysłać do Twittera. Polskie znaki są obsługiwane poprawnie.

Analogie

Przyglądając się Ubuntu w moim netbooku i czytając o nim trochę (bardzo ciekawy jest wydany przez Helion "Ubuntu. Oficjalny podręcznik"),  dochodzę do wniosku - zapewne mało odkrywczego - że Linux to tak naprawdę dwie warstwy. Na wierzchu ta przyjazna, graficzna, dobrze przemyślana i zorganizowana, bardzo różna w rozmaitych dystrybucjach, a pod spodem potężna maszyneria, którą obsługuje się w trybie konsolowym, wydając polecenia w wierszu komend. Znawcy potrafią podobno robić w tym trybie cuda, o jakich zwykły śmiertelnik nie ma najmniejszego pojęcia. Co więcej, jakie w ogóle nie są mu potrzebne. Nie dziwię się, że perfekcyjne opanowanie trybu konsolowego (lub awaryjnego, bo przecież można wystartować system w trybie tekstowym) może być pasją i celem wielu osób lubiących po prostu do najdrobniejszego szczegółu panować nad systemem operacyjnym. To rozległa i na pewno dość trudna wiedza, zwłaszcza że wchodzi w nią także programowanie skryptów. To pewnie pasja mniejszości użytkowników Linuksa, bo przecież zwykły użytkownik z powodzeniem może się ograniczyć do graficznej nakładki, a przede wszystkim dostępnych w systemie programów, o które mu przecież chodzi.

Dostrzegam tu dwie analogie. W pierwszej połowie ubiegłej dekady wielką admiracją cieszył się najpotężniejszy przez wiele lat procesor tekstów, jakim był WordPerfect. Mogłem się wtedy uważać za eksperta w tej dziedzinie, bo edytor znałem na wyrywki - napisałem o nim zresztą trzy książki. WordPerfect miał specjalny tryb podglądu kodów sterujących, których edycja prowadziła do określonych rezultatów we właściwym trybie edycyjnym. Wprawdzie analogia jest tu nieco ułomna, bo były to tryby równoważne, podczas gdy w Linuksie tryb konsolowy daje (tak mi się wydaje) znacznie większe możliwości, ale to podobieństwo rzuciło mi się od razu w oczy. Drugą analogią, znacznie bardziej zrozumiałą dla dzisiejszego użytkownika Internetu, jest kod HTML i jego odpowiednik w postaci strony. W wielu systemach CMS w trybie graficznym mamy do dyspozycji pewien zbiór narzędzi, ale jednocześnie udostępniany jest tryb bezpośredniej edycji kodu źródłowego, w którym można robić, co się chce, jeśli tylko zna się i rozumie HTML i CSS. Mam nadzieję, że trafnie ująłem - przy wszystkich różnicach - podobieństwo do Linuksa.

LinuxCommands.org

Przy okazji - trudno mi jednak nie zirytować się, że znany już od szeregu lat i pojawiający się u niektórych użytkowników problem niezgodności systemu z parametrami karty graficznej i monitora (ów słynny komunikat out of range - gdy podasz w Google Ubuntu out of range, wyskoczy sporo stron) ciągle nie doczekał się skutecznego rozwiązania. Padłszy jego ofiarą przeszperałem wiele stron, znalazłem szereg bardzo odmiennych rozwiązań, z których żadne nie okazało się skuteczne. Bez dostatecznej wiedzy o funkcjonowaniu Linuksa nie potrafiłem sobie dać z nim rady w trybie konsolowym. Zatem mój desktop jako przystań dla Ubuntu to na razie pieśń przyszłości - nie będę Karmić Koali. To bardzo dziwna sytuacja - uporczywie utrzymujący się błąd, o jakim wiedzą przecież wszyscy święci, pewnie ze Świętym Ignucym na czele, a którego nikt nie rozwiązał do tej pory systemowo, by taki przedszkolak linuksowy, jak ja, nie musiał tracić mnóstwa godzin na nieskuteczną gonitwę za jakimś lekiem na tę paskudną przypadłość. Stałem z otwartymi ramionami, a dostałem fangę w nos. Przykre i wkurzające.

Na marginesie - uruchomiłem dziś Mandrivę z LiveCD i wszystko działało idealnie.

02:47, prwimmer , Teksty
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Sigil - zrób sobie ePuba

Sigil to pracujący w trybie wizualnym edytor plików ePub - w przededniu premiery eClicto jest bardzo na czasie. Program jest dostępny na licencji GNU GPL.

Sigil jest de facto edytorem RTF. w którym niestronicowany ePub jest natywnym formatem, obok formatu Sigil Format. Można w nim pracować w trybie WYSIWYG, w trybie edycji kodu źródłowego - trzeba pamiętać, że ePub to format XML-owy, który karmi się plikami (X)HTML-owymi - oraz w trybie mieszanym. Redagujemy po prostu tekst, formatujemy go, a potem zapisujemy bezpośrednio jako ePub. Jest jeszcze edytor danych meta i spisu treści, można wstawiać punkty podziału na rozdziały oraz ilustracje.

Przy dużych dokumentach edytor jest mocno "wołowaty" - testowałem edycję książki o objętości ok. 700 tys. znaków i przy niektórych operacjach program długo się zastanawiał.

Tak wygląda interfejs - zwróć uwagę na kod HTML w widoku Split View:

A tak książka w czytniku FBReader (polecam, przyjemny czytnik).

FBReader i Stanza czytają ePub bezpośrednio, Mobipocket konwertuje do formatu Mobi. Wszystkie poprawnie wyświetlają polskie litery, ale pomijają ilustracje. Z kolei Adobe Digital Editions na odwrót - wyświetla ilustracje, ale krzaczy polskie litery.

Sugeruję zapoznanie się z pachnącym jeszcze farbą dodatkiem do Firefoksa EPUBReader, który pozwala czytać ePuby bezpośrednio w przeglądarce (np. otwierać je bezpośrednio ze strony internetowej). Niestety, u mnie nie czyta - ciekaw jestem, czy komuś się uda.

Jakiś czas temu wspominałem o programie Anthemion eCub - opisałem go dość dokładnie w kursie ePub. Sigil jest oczywiście znacznie wygodniejszy, gdyż jest edytorem i kompilatorem pod jednym dachem, podczas gdy Anthemion w zasadzie tylko kompilatorem.